
Pewnego jesiennego poranka stację paryskiego metra wypełniał zwykły gwar mknących do pracy ludzi. Pełni jeszcze snów oraz rogalików z dżemem, gnani pragnieniem budowania błyskotliwej, biurowej kariery, maszerowali zgodnym rytmem. Większość uzbrojona w teczki, niektórzy nawet w parasole. Wśród spieszących się urzędników pędziłem i ja. Starałem się trzymać tempo i nie potknąć się o hot-dogi czy pamiątki z wieży Eiffle’a. Właściwie prowadził mnie tłum. Zderzenie z innym tłumem mogło mnie wessać w inny kierunek (direction). Intensywnie więc, wpatrzony w plecy ludzi przede mną, zmierzałem do właściwego peronu, w stronę moich ówczesnych obowiązków. I gdy wpadłem w kolejny zakręt podziemnych korytarzy, sam już nie wiem, czy to reakcja na dźwięki, czy niezwykłość sytuacji, nagle mnie zatrzymała. Pod wielką reklamą na wykafelkowanej ścianie stała kilkunastoosobowa orkiestra kameralna.
(więcej…)







